Wydanie do czytania BokRobot
Książki
Za darmoBaldur
Keary, Annie, Keary, Eliza
Dostosuj
Pewnego letniego popołudnia Baldur Jasny i Śmiały, umiłowany przez ludzi i bogów, znalazł się sam w swoim pałacu Szerokiego Spojrzenia. Thor kroczył nisko w dolinach, z czołem ciężkim od letniego upału; Frej i Gerda igrali na cichych wodach w swoim statku z liści chmur; Odyn, po raz pierwszy, spał na szczycie Tronu Powietrza; południowa cisza spowiła całą ziemię; a Baldur w Szerokim Spojrzeniu, słonecznym pałacu o szerokim spojrzeniu, śnił sen.
Lecz sen Baldur był niespokojny. Nie wiedział skąd ani dlaczego, ale gdy się obudził, znalazł w sobie nowy i ciężki smutek. Był tak ciężki, że Baldur ledwo mógł go unieść, lecz przycisnął go do serca i rzekł: „Leż tu i nie spadaj na nikogo oprócz mnie.” Potem wstał i wyszedł z blasku swojej sali, aby poszukać matki, Friggi, i opowiedzieć jej, co się stało. Znalazł ją w jej kryształowym salonie, spokojną i życzliwą, gotową słuchać. Podszedł do niej, z rękami przyciśniętymi do serca, i położył się u jej stóp, wzdychając.
„Co ci jest, drogi Baldurze?” zapytała Frigga łagodnie.
„Nie wiem, matko,” odpowiedział. „Nie wiem, co mi jest, ale mam cień w sercu.”
„Wyjmij go więc, mój synu, i pozwól mi na niego spojrzeć,” odrzekła Frigga.
„Ale boję się, matko, że jeśli to zrobię, pokryje całą ziemię.”
Wtedy Frigga położyła rękę na sercu syna, aby wyczuć kształt cienia. Jej czoło pociemniało, gdy go poczuła; jej usta zbladły i zawołała: „O! Baldurze, mój umiłowany synu! Ten cień to cień śmierci!”
Wtedy Baldur rzekł: „Umrę dzielnie, moja matko.”
Ale Frigga odpowiedziała: „Wcale nie umrzesz, bo nie zasnę tej nocy, dopóki wszystko na ziemi nie przysięgnie mi, że cię nie zabije ani nie skrzywdzi.”
Więc Frigga wstała i przywołała do siebie wszystko na ziemi, co miało moc skrzywdzić lub zabić.

Najpierw przywołała wszystkie metale; i ciężka ruda żelaza wlokła się pod górę do kryształowej sali, mosiądz i złoto, miedź, srebro, ołów i stal, i stanęły przed Królową, która podniosła prawą rękę wysoko w powietrze, mówiąc: „Przysięgnijcie mi, że nie skrzywdzicie Baldur.” I wszystkie przysięgły i odeszły. Potem przywołała wszystkie kamienie; i ogromny granit przybył z kruszejącym piaskowcem, białym wapnem i okrągłymi gładkimi kamieniami z brzegu morskiego. Frigga podniosła ramię, mówiąc: „Przysięgnijcie, że nie skrzywdzicie Baldur.” Przysięgły i odeszły. Potem przywołała drzewa; i rozłożyste dęby, wysokie jesiony i ponure jodły pędziły pod górę, z długimi gałęziami, z których zielone liście powiewały jak flagi. Frigga podniosła rękę, mówiąc: „Przysięgnijcie, że nie skrzywdzicie Baldur.” Rzekły: „Przysięgamy,” i odeszły. Po tym Frigga przywołała choroby, które przybyły niesione trującymi wiatrami na skrzydłach bólu, przy dźwięku jęków.
Frigga rzekła: „Przysięgnijcie,” a one westchnęły: „Przysięgamy,” i odleciały. Potem Frigga przywołała wszystkie zwierzęta, ptaki i jadowite węże, które przyszły, przysięgły i zniknęły. Po tym wyciągnęła rękę do Baldur, uśmiech rozlewając się po jej twarzy, mówiąc: „A teraz, mój synu, nie możesz umrzeć.”
Ale właśnie wtedy wszedł Odyn, a gdy usłyszał całą historię od Friggi, wyglądał jeszcze bardziej żałośnie niż ona. Chmura nie zniknęła z jego twarzy, gdy powiedziano mu o przysięgach.
„Dlaczego wciąż wyglądasz tak poważnie, mój panie?” zapytała Frigga. „Baldur nie może teraz umrzeć.”
Ale Odyn zapytał bardzo poważnie: „Czy cień zniknął z serca naszego syna, czy wciąż tam jest?”
„Nie może tam być,” rzekła Frigga, odwracając głowę z uporem i składając ręce przed sobą.
Ale Odyn spojrzał na Baldur i ujrzał prawdę. Ręce przyciśnięte do ciężkiego serca, piękne czoło pociemniałe. Wtedy natychmiast wstał, osiodłał Sleipnira, swego ośmionożnego rumaka, dosiadł go i zwracając się do Friggi rzekł: „Znam zmarłą prorokinię, która za życia umiała przepowiadać przyszłość. Jej grób leży po wschodniej stronie Helheimu, i udam się tam, aby ją obudzić i zapytać, czy naprawdę spada na nas straszliwy smutek.”
To powiedziawszy, Odyn potrząsnął uzdą, a ośmionożny koń ruszył naprzód, pomknął jak wicher w dół góry Asgardu i wpadł w wąski wąwóz między skałami. Sleipnir szedł przez wąwóz, aż dotarł do miejsca, gdzie ziemia otworzyła swoje usta. Odyn wjechał i zjechał w dół szeroką, stromą, pochyłą drogą, która zaprowadziła go do jaskini Gnipa, która ziała na Niflheim. Gdy Sleipnir miał przeskoczyć przez szczeliny przepaści, Garm, żarłoczny pies przykuty do skały, skoczył naprzód i próbował uczepić się Odyna. Trzy razy Odyn go strząsnął, a Garm wciąż walczył zaciekle. W końcu Sleipnir skoczył, a Odyn pełnął jednocześnie; koń i jeździec przebyli wejście i skręcili na wschód w stronę grobu zmarłej prorokini, ociekając krwią wzdłuż drogi. Garm stał w ujściu jaskini, szczekając.
Gdy Odyn dotarł do grobu, zsiadł z konia i stanął twarzą na północ, patrząc przez zakratowane ogrodzenia do miasta Helheimu. Służki Heli były zajęte przygotowaniami dla nowego gościa—wieszając pozłacane łoża z zasłonami z udręki i wspaniałej nędzy na ścianach. Serce Odyna zamarło w nim i zaczął powtarzać żałobne runy cichym głosem.
Zmarła prorokini obróciła się ciężko w grobie na dźwięk jego głosu, a gdy mówił dalej, usiadła prosto. „Jaki to człowiek,” zapytała, „który śmie zakłócać mój sen?”
Wtedy Odyn, po raz pierwszy w życiu, powiedział nieprawdę; cień zmarłego Baldur padł na jego usta i odpowiedział: „Nazywam się Vegtam, syn Valtama.”
„I czego ode mnie chcesz?” zapytała prorokini.
„Chcę wiedzieć,” odrzekł Odyn, „dla kogo Hela przygotowuje ten pozłacany łoże w Helheimie?”
„To dla Baldur Umiłowanego,” odpowiedziała zmarła prorokini. „Teraz idź sobie i pozwól mi znowu spać, bo moje oczy są ciężkie.”
Ale Odyn rzekł: „Jeszcze jedno słowo. Czy Baldur idzie do Helheimu?”
„Tak, powiedziałam ci już, że idzie,” odpowiedziała.
„Czy nigdy nie wróci do Asgardu?”
„Jeśli wszystko na ziemi zapłacze za nim,” odpowiedziała, „wróci; jeśli nie, pozostanie w Helheimie.”
Wtedy Odyn zakrył twarz rękami i spojrzał w ciemność.
„Idź już,” rzekła prorokini. „Jestem taka śpiąca; nie mogę już dłużej utrzymać oczu otwartych.”
Ale Odyn podniósł głowę i rzekł: „Powiedz mi tylko to jedno. Właśnie teraz, gdy spojrzałem w ciemność, wydawało mi się, że widzę kogoś na ziemi, kto nie zapłacze za Baldur. Kto to był?”
Na to prorokini rozgniewała się bardzo i rzekła: „Jak mogłeś widzieć w ciemności? Znam tylko jednego, który oddając swoje oko, zyskał światło. Nie jesteś Vegtam, ale Odyn, władca ludzi.”

Na jej gniewne słowa Odyn również się rozgniewał i zawołał tak głośno, jak mógł: „Nie jesteś prorokinią ani mądrą kobietą, ale raczej matką trzech olbrzymów.”
„Idź, idź!” odpowiedziała prorokini, opadając z powrotem do grobu. „Żaden człowiek nie obudzi mnie ponownie, dopóki Loki nie zerwie swoich łańcuchów i nie nadejdzie Ragnarök.” Po tym Odyn dosiadł ośmionożnego rumaka i ruszył w zamyśleniu do domu.
Gdy Odyn wrócił do Asgardu, Hermod wziął uzdę z ręki ojca i powiedział mu, że inni bogowie udali się na Pole Pokoju—szeroką zieloną równinę tuż za miastem. To było miejsce zabaw bogów, gdzie ćwiczyli próby umiejętności, odbywali turnieje i pozorowane walki prowadzone w najłagodniejszy sposób, bo najsilniejszym prawem Pola Pokoju było, że żaden gniewny cios nie powinien być zadany ani złośliwe słowo wypowiedziane na świętym polu.
Odyn był zbyt zmęczony podróżą, aby udać się na Pole Pokoju tego popołudnia, więc odwrócił się i zamknął w swoim pałacu Gladsheim. Ale gdy odszedł, Loki wszedł do miasta inną drogą, a usłyszawszy od Hermoda, gdzie są bogowie, wyruszył, aby do nich dołączyć.
Gdy dotarł na Pole Pokoju, Loki zastał bogów stojących w kręgu i strzelających do czegoś. Zajrzał między ramiona dwóch z nich i ujrzał Baldur stojącego pośrodku, wyprostowanego i spokojnego, podczas gdy jego przyjaciele i bracia celowali w niego z broni. „Cóż,” rzekł Loki do siebie, „jeśli to jest zabawa w Asgardzie, to cóż dopiero w Jötunheimie? Ciekawe, co powiedzieliby Ojciec Odyn i Matka Frigga, gdyby tu byli.” Ale gdy Loki dalej patrzył, zdziwił się jeszcze bardziej, bo zabawa trwała, a Baldur nie doznał żadnej szkody. Strzały celowane w jego serce odbijały się bez śladu krwi. Kamienie spadały z jego czoła i nie pozostawiały siniaków. Miecze rozcinały, ale go nie raniły; młot uderzał go, a on nie został zmiażdżony. ” rzekł. Potem Loki zamienił się w małą, ciemną, zgarbioną staruszkę z kijem w ręku i pokuśtykał do chłodnej sali Friggi. Zapukał do drzwi.
„Wejdź!” rzekł życzliwy głos Friggi, a Loki podniósł zasuwę.
Gdy Frigga zobaczyła małą, zgarbioną, kaleką staruszkę kuśtykającą po jej kryształowej podłodze, wstała z prawdziwą królewskością, podeszła do niej do połowy drogi, wyciągnęła rękę i rzekła uprzejmie: „Proszę, usiądź, moja biedna stara przyjaciółko; zdaje mi się, że przybywasz z daleka.”
„Rzeczywiście, tak jest,” odpowiedział Loki drżącym, piskliwym głosem.
„Czy widziałaś coś z bogów po drodze?” zapytała Frigga.
„Właśnie przechodziłam obok Pola Pokoju i widziałam ich przy zabawie.”
„Co robili?”
„Strzelali do Baldur.”
Frigga pochyliła się nad swoją pracą z zadowolonym uśmiechem. „I nic go nie zraniło?” rzekła.
„Nic,” odpowiedział Loki, patrząc na nią bystro.
„Nie, nic,” szepnęła Frigga, mówiąc półgłosem do siebie. „Bo wszystko mi przysięgło, że nie.”
„Przysięgło!” zawołał Loki z zapałem. „Co ty mówisz? Czy wszystko przysięgło?”
„Wszystko,” odpowiedziała, „oprócz, rzeczywiście, małego krzewu jemioły, który rośnie po zachodniej stronie Walhalli, i któremu nic nie mówiłam, bo myślałam, że jest zbyt młody, aby przysięgać.”
„Doskonale!” pomyślał Loki i wstał.
„Nie odchodzisz jeszcze, prawda?” rzekła Frigga, wyciągając rękę i patrząc w górę w oczy staruszki.
„Jestem już odpoczęta, dziękuję,” odpowiedział Loki swoim piskliwym głosem i pokuśtykał na zewnątrz, drzwi zatrzasnęły się za nim, posyłając zimny podmuch do pokoju. Frigga zadrżała, czując, jakby wąż zsuwał się jej po szyi.
Gdy Loki opuścił obecność Friggi, przybrał z powrotem swoją właściwą postać i poszedł prosto na zachodnią stronę Walhalli, gdzie rosła jemioła. Otworzył nóż, odciął dużą gałąź, mówiąc: „Zbyt młoda na przysięgi Friggi, ale nie zbyt słaba na dzieło Lokiego.” Potem ruszył ponownie na Pole Pokoju, z jemiołą w ręku. Gdy przybył, bogowie wciąż byli przy zabawie, stojąc w kręgu, celując i rozmawiając z ożywieniem, a Baldur nie wydawał się zmęczony.
Ale jeden stał sam, oparty o drzewo, nie biorąc udziału: Hödur, ślepy brat bliźniak Baldur. Stał z pochyloną głową, milczący, nic nie robiąc, podczas gdy inni byli pełni zapału. Loki zauważył wyraz niezadowolenia na jego twarzy, jakby mówił: „Nikt nie zwraca na mnie uwagi.” Więc Loki podszedł i położył rękę na jego ramieniu.
„I dlaczego stoisz tu sam, mój dzielny przyjacielu?” rzekł. „Dlaczego nie rzucisz czegoś w Baldur? Porąb go mieczem albo okaż mu trochę uwagi.”
„Nie mam miecza,” odpowiedział Hödur z niecierpliwym gestem. „I wiesz równie dobrze jak ja, Loki, że Ojciec Odyn nie pochwala, abym nosił broń lub brał udział w pozorowanych walkach, bo jestem ślepy.”
„O! To tak?” rzekł Loki. „Cóż, wiem, że nie chciałbym być pominięty we wszystkim. Jednak mam tu gałązkę jemioły, którą ci pożyczę, jeśli chcesz. Nieszkodliwa mała gałązka, ale chętnie poprowadzę twoje ramię, jeśli zechcesz ją rzucić. Baldur mógłby to przyjąć jako komplement od swojego bliźniaka.”
„Pozwól mi ją poczuć,” rzekł Hödur, wyciągając niepewne ręce.
„Tędy, tędy, mój drogi przyjacielu,” rzekł Loki, podając mu gałązkę. „Teraz, tak mocno, jak potrafisz, aby go uhonorować. Rzuć!”
Hödur rzucił—Baldur upadł, a cień śmierci pokrył całą ziemię.
Jeden po drugim odwrócili się i opuścili Pole Pokoju, ci przyjaciele i bracia zabitego. Zmiażdżone serca, ciężkie kroki, żadnego słowa między nimi, cień na wszystkich. Cień był także w Asgardzie—przeszedł przez salę Friggi i usiadł na progu Gladsheim. Odyn właśnie wyszedł, aby na niego spojrzeć, a Frigga stała obok w niemej rozpaczy, gdy bogowie się zbliżali.

„Loki to zrobił! Loki to zrobił!” powiedzieli w końcu zmieszanymi, chrapliwymi szeptami, patrząc jeden na drugiego, na Odyna, na Friggę, na cień przed nimi i w nich. „Loki to zrobił! Loki, Loki!” powtarzali, ale nie było sensu powtarzać jego imienia, gdy było inne imię, którego byli zbyt smutni, aby wypowiedzieć—Baldur. Frigga wypowiedziała je pierwsza, a potem wszyscy poszli spojrzeć na niego leżącego tak spokojnie na trawie—martwego, martwego.
” rzekł w końcu Odyn. Czterej bogowie pochylili się i podnieśli swojego zmarłego brata. Niemal bez dźwięku ponieśli ciało czule na brzeg morza i położyli je na pokładzie majestatycznego statku zwanego Ringhorn, który był jego. Potem stanęli w kręgu, czekając, kto przyjdzie na pogrzeb. Odyn przyszedł, z dwoma krukami na ramionach, ich krakanie ściągało chmury na jego twarz, bo Myśl i Pamięć śpiewały tego dnia jedną smutną pieśń. Frigga przyszła—Frej, Gerda, Freja, Thor, Hoenir, Bragi i Idun. Heimdall przybył, pędząc przez góry na Złotej Grzywie, swoim szybkim, jasnym rumaku. Aegir Stary jęknął z głębin i wysłał swoje córki, aby lamentowały nad zmarłym. Lodowi olbrzymi i górscy olbrzymi tłoczyli się na lodowatych brzegach Jötunheimu, aby patrzeć przez morze na pogrzeb boga. Nanna przyszła, jasna młoda żona Baldur; ale gdy ujrzała martwe ciało męża, jej własne serce pękło z bólu, a bogowie położyli ją obok niego na wspaniałym statku.
Po tym Odyn wystąpił naprzód i położył pierścień na piersi syna, szepcząc mu coś do ucha. Ale gdy on i inni bogowie próbowali wepchnąć Ringhorn do morza przed podpaleniem go, odkryli, że ich serca są tak ciężkie, że nic nie mogli unieść. Więc przywołali olbrzymkę Hyrrokin, aby przyszła z Jötunheimu i pomogła. Jednym pchnięciem wprawiła statek w ruch, a gdy Thor stał, trzymając wysoko młot, Odyn podpalił stos pogrzebowy Baldur i Nanny. Ringhorn wypłynął w stronę głębin, płonąc pogrzebowy ogień. Jego szeroki czerwony płomień wystrzelił ku niebu, ale gdy dym miał się wznieść, wichry przyszły, szlochając, i uniosły go.
Gdy statek wyglądał jak przyćmiona czerwona lampa na horyzoncie, Frigga odwróciła się i rzekła: „Czy ktoś z was pragnie dokonać szlachetnego czynu i zdobyć moją miłość na zawsze?”
„Ja pragnę,” zawołał Hermod, zanim ktokolwiek inny zdążył przemówić.
„Idź więc, Hermodzie,” odpowiedziała Frigga. „Osiodłaj Sleipnira z całą szybkością i jedź w dół do Helheimu; odszukaj Helę, surową panią zmarłych, i błagaj ją, aby odesłała nam naszego umiłowanego.”
Hermod zniknął w mgnieniu oka. Wybrał inną drogę niż Odyn—w dół, pochyłą, śliską, ciemną i bardzo zimną. W końcu dotarł do Mostu Giallar, tej dźwięczącej rzeki między żywymi a umarłymi, jej most wybrukowany lśniącym złotem. Hermod był zdziwiony, widząc złoto w takim miejscu, ale gdy jechał przez most i spojrzał w dół, zobaczył, że kamienie to tylko łzy wylane wokół łożysk umierających—tylko łzy, a jednak czyniły drogę jaśniejszą. Gdy dotarł do drugiego końca, znalazł odważną kobietę, która siedziała tam od wieków, patrząc, jak zmarli przechodzą. Zatrzymała go, mówiąc: „Co za hałas robisz. Kim jesteś? Wczoraj pięć oddziałów umarłych przeszło przez ten most i nie wstrząsnęło nim tak jak ty. Poza tym nie jesteś umarłym; twoje usta nie są ani zimne, ani sine. Dlaczego jedziesz do Helheimu?”
„Szukam Baldur,” odpowiedział Hermod. „Czy widziałaś, jak przechodził?”
„Baldur przejechał przez most,” rzekła. „Ale tam, na dole, w kierunku północy, leży droga do Siedzib Śmierci.”
Więc Hermod jechał dalej, aż dotarł do zakratowanych bram Helheimu. Tam zsiadł, zacisnął popręgi siodła, dosiadł konia, spiął go ostrogami i przeskoczył bramę jednym ogromnym skokiem. Potem znalazł się w mieście zmarłych. Nie było cicho, jak się spodziewał. Usłyszał echa wszystkich słów mówiących razem—słów świeżo wypowiedzianych i wieki starych—ale zmarli nie słyszeli, bo ich uszy zostały ogłuszone dawno temu. Hermod jechał przez miasto, aż dotarł do pałacu Heli w środku. Urwisko było jego progiem, sala wejściowa Szeroki Sztorm, ale Hermod nie bał się wejść. Poszedł dalej do sali bankietowej, gdzie Hela siedziała na czele stołu, podając swoim najnowszym gościom. Baldur siedział po jej prawej stronie, a po lewej jego blada młoda żona. Gdy Hela zobaczyła Hermoda, uśmiechnęła się ponuro, ale skinęła mu, aby usiadł i spożył z nią wieczerzę.
To była dziwna wieczerza: Głód był stołem, Głód nożem Heli, Opóźnienie jej sługą, Powolność jej służką, a Palące Pragnienie jej winem. „Widzisz,” rzekła do Hermoda, „bardzo mi zależy na wygodzie moich gości. Oto łoża niepokoju, z zasłonami z znużenia i ścianami umeblowanymi rozpaczą.”
Odeszła, zostawiając Hermoda i Baldur samych.

Całą noc siedzieli na tych niespokojnych łożach i rozmawiali. Hermod nie mógł mówić o niczym innym jak tylko o przeszłości, a jego oczy zaszły łzami. Ale Baldur zdawał się widzieć światło w oddali i mówił o tym, co miało nadejść.
Następnego ranka Hermod poszedł do Heli i błagał ją, aby pozwoliła Baldur wrócić. Oferował nawet zająć jego miejsce, ale Hela tylko się zaśmiała. „Mówisz wiele o Baldur i chwalisz się, jak bardzo wszyscy go kochają. Udowodnię, czy to, co mówisz, jest prawdą. Niech wszystko na ziemi, żywe czy martwe, zapłacze za Baldur, a on wróci do domu. Ale jeśli jedna rzecz odmówi płaczu, niech Helheim zatrzyma swoje; nie pójdzie.”
„Każdy zapłacze chętnie,” rzekł Hermod, gdy dosiadł Sleipnira i ruszył w stronę bramy. Baldur poszedł z nim do bramy i zaczął wysyłać wiadomości do swoich przyjaciół w Asgardzie, ale Hermod nie chciał słuchać wielu. „Wkrótce wrócisz do nas,” rzekł. „Nie ma sensu wysyłać wiadomości.” Więc Hermod pomknął do domu, a Baldur patrzył za nim przez kraty.
„Nieprędko, nieprędko,” rzekł zmarły bóg. Ale wciąż widział światło w oddali i myślał o tym, co miało nadejść.
„Cóż, Hermodzie, co powiedziała?” zapytali bogowie ze szczytu wzgórza, widząc go nadchodzącego. „Pospiesz się i powiedz nam, co powiedziała.” Hermod podszedł.
„O! To wszystko?” zawołali, gdy przekazał im swoją wiadomość. „Nic prostszego.” Pospieszyli powiedzieć Friggę. Ona już płakała, a w pięć minut nie było w Asgardzie oka bez łez.
„Ale to nie wystarczy,” rzekł Odyn. „Cała ziemia musi poznać nasz smutek, aby mogła płakać z nami.” Przywołał swoje posłanki, piękne Walkirie, i wysłał je do wszystkich światów z trzema słowami na ustach: „Baldur nie żyje!” Z początku mogły tylko szeptać te straszne słowa. Smutne dźwięki popłynęły z powrotem nad Asgardem jak nowa rzeka bólu i wydawało się, że bogowie płaczą po raz pierwszy.
„Co mówią Walkirie?” pytali mężczyźni i kobiety wszędzie. Gdy usłyszeli, mężczyźni porzucili pracę i położyli się, aby płakać; kobiety upuściły wiadra i napełniły je łzami. Dzieci tłoczyły się na progach lub siedziały na rogach ulic, płacząc, jakby ich własne matki umarły.
Walkirie poszły dalej. „Baldur nie żyje!” mówiły do pustych pól, a trawa i polne kwiaty płakały. „Baldur nie żyje!” mówiły do skał i kamieni, a kamienie zaczęły płakać. „Baldur nie żyje!” wołały, a stare kości mamutów pod wzgórzami wybuchły łzami, wysyłając małe strumienie z każdego zbocza góry. „Baldur nie żyje!” mówiły nad cichymi piaskami, a wszystkie muszle płakały perłami. „Baldur nie żyje!” wołały do morza i do Jötunheimu za morzem, a nawet olbrzymi płakali, podczas gdy morze zraszało niebo deszczem. Po tym Walkirie przeskakiwały z kamienia na kamień, aż dotarły do samotnej skały na środku morza. Pochyliły się, schyliły i zajrzały, aby powiedzieć potworom głębin. „Baldur nie żyje!” rzekły, a morskie potwory i ryby płakały. Potem posłanki spojrzały na siebie i rzekły: „Z pewnością nasza praca jest skończona.” Splotły ramiona wokół swoich talii i wyruszyły w dół drogą do Helheimu, aby odebrać Baldur spośród zmarłych.

Teraz, po wysłaniu swoich posłanek, Odyn usiadł na Tronie Powietrza, aby zobaczyć, jak ziemia przyjęła jego wiadomość. Najpierw patrzył, jak Walkirie kroczą na północ, południe, wschód i zachód; ale wkrótce parujące łzy ziemi wzniosły się jak wielka chmura, ukrywając wszystko przed nim. Potem spojrzał w dół przez chmurę i rzekł: „Czy wszyscy płaczecie?” Walkirie usłyszały jego głos, gdy schodziły śliską drogą. Odwróciły się, wyciągając ramiona w stronę Tronu Powietrza, ich długie włosy opadły do tyłu, i z zduszonymi głosami i łzawymi oczami odpowiedziały: „Świat płacze, Ojcze Odynie; świat i my.”
Szły dalej, aż dotarły do jaskini Gnipa, gdzie Garm był przykuty, ziejąc na Niflheim. „Świat płacze,” mówiły, aby dodać sobie odwagi, bo droga była straszna. Ale gdy miały przejść przez ujście, natknęły się na wychudzoną czarownicę o imieniu Thaukt, która siedziała w wejściu tyłem do nich, twarzą do przepaści. „Baldur nie żyje! Płaczcie, płaczcie!” mówiły posłanki, próbując przejść. Ale Thaukt odpowiedziała:
„Co ona trzyma, Niech Hela strzeże; Bo nic mnie to, Choć świat płacze, Nad losem Baldur. Czy żyje, czy umrze Z okiem suchym, Stara Thaukt lamentować będzie.”
Z tymi słowami skoczyła do Niflheimu z okrzykiem triumfu.
„Z pewnością ten krzyk był krzykiem Lokiego” – powiedziała jedna z dziewic. Lecz inna wskazała na miasto Helheim, i tam ujrzały surową twarz Heli patrzącej ponad murem.
„Jedna nie zapłakała” – rzekła ponura królowa – „i Helheim dzierży swoje.” To powiedziawszy, skinęła dziewicom swoją długą, zimną dłonią, by się oddaliły.
Wtedy Walkirie zawróciły i pomknęły stromą drogą ku podnóżu tronu Odyna, jak blady śnieżny zasp przed burzą.
Po tym wydarzeniu w Asgardzie narodziło się silne dziecko imieniem Vali. Był najmłodszym z synów Odyna – silny i zimny jak styczeń wichura, lecz pełen nadziei nowego roku. Gdy miał zaledwie jeden dzień, zabił ślepego Hödura jednym ciosem i resztę życia spędził, starając się zdjąć cień śmierci z płaczącej ziemi.

BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.