Wydanie do czytania BokRobot
Książki
Za darmoOdważny leśniczy
Otto Julius Bierbaum
Dostosuj
Król Leberecht, który był już w podeszłym wieku, ale wciąż jeszcze całkiem krzepki, władał przyjemnie położonym krajem w środkowej strefie. Lubił z strzelbą na ramieniu wspinać się na wysokie góry i tam ustrzelić wszelką zwierzynę, którą z wielkim trudem i kunsztem sprowadzano w bezpośrednią bliskość jego strzelby. W tych wyprawach łowieckich towarzyszyła mu nie tylko gromada uprzywilejowanych mężów służby dworskiej i państwowej, lecz także dobrze dobrany wzorcowy zestaw takich ludzi, którzy zdobyli sobie imię przez zręczne pokrywanie wielkich płócien farbą lub przez inne zajęcia o niejako artystycznym charakterze, a ponadto przez przyjęcie tytułu profesora dowiedli, że choć nie oddawali się żadnemu poważnemu zajęciu, mieli jednak wyczucie dla tego, co obywatelsko poważane.
Był to – i każdy w królewskiej świcie łowieckiej dobrze sobie z tego zdawał sprawę – wielki zaszczyt, wędrować z Jego Majestatem przez pola i łąki oraz na wąskich ścieżkach wspinać się na wzniosłe szczyty świata górskiego, który jak niewiele innych rzeczy potrafi dać człowiekowi pojęcie o tym, jak wspaniały jest świat. Jednakże, jak większość zaszczytów, i ten był związany z wysiłkami i niedogodnościami.
Już samo wspinanie się wydawało się starszym ministrom, radcom referującym, szambelanom i profesorom sztuki ćwiczeniem mięśni, które w gruncie rzeczy nie było całkiem przyjemne. Bo pomijając to, że królewski wspinacz już sam w sobie jako książę miał ów elastyczny i żwawy chód, o którym zawsze czyta się w gazetach, gdy mowa o będącym w ruchu ojcu kraju, król Leberecht był także szczególnie wyćwiczony w tym sporcie, ponieważ przez całe życie większość wolnych godzin, jakie pozostawiały mu sprawy rządowe, wykorzystywał głównie na kształcenie się w równie zdrowym, co dystyngowanym kunszcie wspinaczki. Gdyby mu boginie losu zamiast korony włożyły do kołyski kapelusz z koziej brody, a zamiast berła kij górski, byłby bez wątpienia stał się równie znakomitym przewodnikiem górskim, jak w rzeczywistości stał się czarującym królem.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 1 / 9
# chapter_page: 1
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Król Leberecht, który był już w podeszłym wieku, ale wciąż jeszcze całkiem krzepki, władał przyjemnie położonym krajem w środkowej strefie. Lubił z strzelbą na ramieniu wspinać się na wysokie góry i tam ustrzelić wszelką zwierzynę, którą z wielkim trudem i kunsztem sprowadzano w bezpośrednią bliskość jego strzelby. W tych wyprawach łowieckich towarzyszyła mu nie tylko gromada uprzywilejowanych mężów służby dworskiej i państwowej, lecz także dobrze dobrany wzorcowy zestaw takich ludzi, którzy zdobyli sobie imię przez zręczne pokrywanie wielkich płócien farbą lub przez inne zajęcia o niejako artystycznym charakterze, a ponadto przez przyjęcie tytułu profesora dowiedli, że choć nie oddawali się żadnemu poważnemu zajęciu, mieli jednak wyczucie dla tego, co obywatelsko poważane.
Był to – i każdy w królewskiej świcie łowieckiej dobrze sobie z tego zdawał sprawę – wielki zaszczyt, wędrować z Jego Majestatem przez pola i łąki oraz na wąskich ścieżkach wspinać się na wzniosłe szczyty świata górskiego, który jak niewiele innych rzeczy potrafi dać człowiekowi pojęcie o tym, jak wspaniały jest świat. Jednakże, jak większość zaszczytów, i ten był związany z wysiłkami i niedogodnościami.
Już samo wspinanie się wydawało się starszym ministrom, radcom referującym, szambelanom i profesorom sztuki ćwiczeniem mięśni, które w gruncie rzeczy nie było całkiem przyjemne. Bo pomijając to, że królewski wspinacz już sam w sobie jako książę miał ów elastyczny i żwawy chód, o którym zawsze czyta się w gazetach, gdy mowa o będącym w ruchu ojcu kraju, król Leberecht był także szczególnie wyćwiczony w tym sporcie, ponieważ przez całe życie większość wolnych godzin, jakie pozostawiały mu sprawy rządowe, wykorzystywał głównie na kształcenie się w równie zdrowym, co dystyngowanym kunszcie wspinaczki. Gdyby mu boginie losu zamiast korony włożyły do kołyski kapelusz z koziej brody, a zamiast berła kij górski, byłby bez wątpienia stał się równie znakomitym przewodnikiem górskim, jak w rzeczywistości stał się czarującym królem.Ale ów zły przymus, by nieprzyzwyczajonymi nogami poddanego podążać równym krokiem za wyćwiczonymi nogami suwerena, nie był jeszcze nawet najfatalniejszą okolicznością towarzyszącą owym zaszczytnym partiom łowieckim. Najprzykrzejsze były zimne kąpiele, które niezwykle lubiąca kąpiele majestatyczność uwielbiała zażywać na najbardziej przewiewnej wysokości w śnieżnie chłodnej wodzie rześkich strumieni górskich, a od których żaden z jej towarzyszy nie mógł się wyłączyć, ponieważ stroniący od wody naraziłby się inaczej na podejrzenie, że nie jest gotów pod każdym względem podążać za swym najwyższym panem wszędzie. Ile ministerialnych, tajnoradcowych, szambelańskich, profesorsko-artystycznych katarów pociągnęło za sobą z biegiem lat wypełnianie tego twardego obowiązku poddanego, na to nie ma statystyki, ale można spokojnie przyjąć, że było ich wiele, a większość z nich miała uparty charakter.
Bo nie każdy znosi dziesięć stopni Réaumura w wodzie. Lojalność jest chętna, ale ciało jest słabe. Po takiej kąpieli na wysokości 1500 metrów przy odpowiedniej temperaturze wody zdarzyło się kiedyś, że królowi, któremu od chłodu wody nawet palce nieco zdrętwiały, jego toaleta (mówiąc z należną delikatnością) nie została całkiem dokończona. Początkowo nikt tego nie zauważył, ponieważ każdy pragnął tylko jednego: podnieść na nowo własne obniżone ciepło krwi przez szczelne ze wszystkich stron zamknięcie ubrań. Gdy jednak później królewskie towarzystwo łowieckie zatrzymało się na odpoczynek na przyjemnej łące, dostrzeżono ten mały, lecz przez swe umiejscowienie fatalnie rzucający się w oczy brak. Otóż takie spostrzeżenie nawet między zwykłymi ludźmi, jeśli jeden nie jest właśnie mężem drugiej, wiąże się z pewną przykrością.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 2 / 9
# chapter_page: 2
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Ale ów zły przymus, by nieprzyzwyczajonymi nogami poddanego podążać równym krokiem za wyćwiczonymi nogami suwerena, nie był jeszcze nawet najfatalniejszą okolicznością towarzyszącą owym zaszczytnym partiom łowieckim. Najprzykrzejsze były zimne kąpiele, które niezwykle lubiąca kąpiele majestatyczność uwielbiała zażywać na najbardziej przewiewnej wysokości w śnieżnie chłodnej wodzie rześkich strumieni górskich, a od których żaden z jej towarzyszy nie mógł się wyłączyć, ponieważ stroniący od wody naraziłby się inaczej na podejrzenie, że nie jest gotów pod każdym względem podążać za swym najwyższym panem wszędzie. Ile ministerialnych, tajnoradcowych, szambelańskich, profesorsko-artystycznych katarów pociągnęło za sobą z biegiem lat wypełnianie tego twardego obowiązku poddanego, na to nie ma statystyki, ale można spokojnie przyjąć, że było ich wiele, a większość z nich miała uparty charakter.
Bo nie każdy znosi dziesięć stopni Réaumura w wodzie. Lojalność jest chętna, ale ciało jest słabe. Po takiej kąpieli na wysokości 1500 metrów przy odpowiedniej temperaturze wody zdarzyło się kiedyś, że królowi, któremu od chłodu wody nawet palce nieco zdrętwiały, jego toaleta (mówiąc z należną delikatnością) nie została całkiem dokończona. Początkowo nikt tego nie zauważył, ponieważ każdy pragnął tylko jednego: podnieść na nowo własne obniżone ciepło krwi przez szczelne ze wszystkich stron zamknięcie ubrań. Gdy jednak później królewskie towarzystwo łowieckie zatrzymało się na odpoczynek na przyjemnej łące, dostrzeżono ten mały, lecz przez swe umiejscowienie fatalnie rzucający się w oczy brak. Otóż takie spostrzeżenie nawet między zwykłymi ludźmi, jeśli jeden nie jest właśnie mężem drugiej, wiąże się z pewną przykrością.Bo chodzi tu, jeśli się rzeczy zgłębi, o okoliczność, która może urazić poczucie moralne, o dolus eventualis na szczególnie drażliwym obszarze grzechu pierworodnego, że tak powiem. Jednakże w końcu zawsze jakoś ktoś się przełamie, bierze daną osobę (w większości przypadków jest to stary profesor albo poeta) na bok i szepcze (jeśli w herbie ma słowo „wręcz”): „Panie, rozporek ma pan otwarty”, albo (jeśli jest delikatniejszy) z szybkim orientującym spojrzeniem: „Coś u pana nie w porządku”. Owszem, są nawet ludzie, którzy gotowi są na frywolne żarty nawet w tak przykrych okolicznościach i robią na przykład uwagę: „Panie, nic pan nie zgub!” Ale czy można coś takiego powiedzieć księciu, królowi? Nie: nie można! Dworski styl zawodzi tu całkowicie.
W frazeologii obcowania z majestatami nie ma absolutnie żadnego zwrotu, który pozwoliłby podać coś takiego do najwyższego ucha, nad którym przy uroczystych okazjach tylko przez kilka centymetrów oddzielona ma siedzieć korona. Nawet przemyty wszelkimi esencjami dworskiej elegancji i sztuki odmiany słów mistrz ceremonii baron von Belodeur, który przecież jest uznanym autorytetem w dziedzinie dworskiej lingwistyki i po którym spodziewano się, że podejmie tę trudną misję i tym samym dołączy do swego gęstego wieńca laurowego jako królewski dyplomata domowy nowy świetlany liść, oświadczył, że to przekracza jego możliwości, że ten przypadek jest tak delikatny, iż jego rozwiązanie trzeba pozostawić nie ludzkiemu językowi, lecz samej Opatrzności, która zresztą, jak dodał z wdzięczną ufnością, zawsze dowodziła, że czuwa nad domem królewskim ze szczególną uwagą.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 3 / 9
# chapter_page: 3
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Bo chodzi tu, jeśli się rzeczy zgłębi, o okoliczność, która może urazić poczucie moralne, o dolus eventualis na szczególnie drażliwym obszarze grzechu pierworodnego, że tak powiem. Jednakże w końcu zawsze jakoś ktoś się przełamie, bierze daną osobę (w większości przypadków jest to stary profesor albo poeta) na bok i szepcze (jeśli w herbie ma słowo „wręcz”): „Panie, rozporek ma pan otwarty”, albo (jeśli jest delikatniejszy) z szybkim orientującym spojrzeniem: „Coś u pana nie w porządku”. Owszem, są nawet ludzie, którzy gotowi są na frywolne żarty nawet w tak przykrych okolicznościach i robią na przykład uwagę: „Panie, nic pan nie zgub!” Ale czy można coś takiego powiedzieć księciu, królowi? Nie: nie można! Dworski styl zawodzi tu całkowicie.
W frazeologii obcowania z majestatami nie ma absolutnie żadnego zwrotu, który pozwoliłby podać coś takiego do najwyższego ucha, nad którym przy uroczystych okazjach tylko przez kilka centymetrów oddzielona ma siedzieć korona. Nawet przemyty wszelkimi esencjami dworskiej elegancji i sztuki odmiany słów mistrz ceremonii baron von Belodeur, który przecież jest uznanym autorytetem w dziedzinie dworskiej lingwistyki i po którym spodziewano się, że podejmie tę trudną misję i tym samym dołączy do swego gęstego wieńca laurowego jako królewski dyplomata domowy nowy świetlany liść, oświadczył, że to przekracza jego możliwości, że ten przypadek jest tak delikatny, iż jego rozwiązanie trzeba pozostawić nie ludzkiemu językowi, lecz samej Opatrzności, która zresztą, jak dodał z wdzięczną ufnością, zawsze dowodziła, że czuwa nad domem królewskim ze szczególną uwagą.Zatem (lubił to kurialne słowo) i ta okoliczność nie ujdzie jej uwagi, i bez wątpienia znajdzie środki i drogi, by ją usunąć, bez potrzeby, by słaby człowiek poparzył sobie usta. „To wszystko jest bardzo piękne i bardzo dobre, i ze względu na resort jestem ostatnim, który ośmieliłby się wątpić w Opatrzność” – zauważył minister kultu, któremu mimo ledwie przebytej febry z dreszczami było teraz bardzo gorąco – „ale ona musiałaby interweniować niezwykle szybko. Proszę pomyśleć, drogi baronie, że u stóp tej góry czeka na nas deputacja ludności wiejskiej, wśród niej cztery ubrane na biało dziewice, z których najmłodsza nauczyła się na pamięć poematu hołdowniczego. Stawiam głowę, że dziewica zapomni tekstu, jeśli jej spojrzenie przypadkiem padnie na ów zdezorganizowany obszar, a te haniebne chłopskie gbury wszystkie, mówię panu: wszystkie nie spojrzą najwyższemu panu w twarz, lecz właśnie tam.
Mój Boże, mój Boże: sytuacja jest bajkowo okropna. Nie możemy, choćbyśmy byli do tego gotowi, polegać tu na wyższych mocach; musimy działać sami. Po co pan jest mistrzem ceremonii, jeśli natychmiast zawodzi pan, gdy trzeba ratować godność królestwa zagrożoną przez zdradziecki przypadek! Hic Rhodus! Hic salta! Czyń pan swoją powinność!” Mistrz ceremonii, który dotąd zawsze umiał uniknąć wydzielania potu w obecności króla, nie był w stanie powstrzymać plebejskiej wilgoci, która pod wpływem tej przerażającej perspektywy wystąpiła mu na czoło. Czuł całą straszliwą odpowiedzialność, jaką nakładała nań ta okropna sytuacja. Widział powagę dworu w niebezpieczeństwie, rząd chwiejący się, państwo wydane konwulsyjnym drgawkom. Przed jego wewnętrznym okiem pędziły ogień, dym prochowy i krwistoczerwone fale rebelii. Przede wszystkim jednak cała jego dusza drżała i ścięła się jak mleko, gdy się jeść gotuje, na myśl, że jego stanowisko jest na szali.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 4 / 9
# chapter_page: 4
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Zatem (lubił to kurialne słowo) i ta okoliczność nie ujdzie jej uwagi, i bez wątpienia znajdzie środki i drogi, by ją usunąć, bez potrzeby, by słaby człowiek poparzył sobie usta. „To wszystko jest bardzo piękne i bardzo dobre, i ze względu na resort jestem ostatnim, który ośmieliłby się wątpić w Opatrzność” – zauważył minister kultu, któremu mimo ledwie przebytej febry z dreszczami było teraz bardzo gorąco – „ale ona musiałaby interweniować niezwykle szybko. Proszę pomyśleć, drogi baronie, że u stóp tej góry czeka na nas deputacja ludności wiejskiej, wśród niej cztery ubrane na biało dziewice, z których najmłodsza nauczyła się na pamięć poematu hołdowniczego. Stawiam głowę, że dziewica zapomni tekstu, jeśli jej spojrzenie przypadkiem padnie na ów zdezorganizowany obszar, a te haniebne chłopskie gbury wszystkie, mówię panu: wszystkie nie spojrzą najwyższemu panu w twarz, lecz właśnie tam.
Mój Boże, mój Boże: sytuacja jest bajkowo okropna. Nie możemy, choćbyśmy byli do tego gotowi, polegać tu na wyższych mocach; musimy działać sami. Po co pan jest mistrzem ceremonii, jeśli natychmiast zawodzi pan, gdy trzeba ratować godność królestwa zagrożoną przez zdradziecki przypadek! Hic Rhodus! Hic salta! Czyń pan swoją powinność!” Mistrz ceremonii, który dotąd zawsze umiał uniknąć wydzielania potu w obecności króla, nie był w stanie powstrzymać plebejskiej wilgoci, która pod wpływem tej przerażającej perspektywy wystąpiła mu na czoło. Czuł całą straszliwą odpowiedzialność, jaką nakładała nań ta okropna sytuacja. Widział powagę dworu w niebezpieczeństwie, rząd chwiejący się, państwo wydane konwulsyjnym drgawkom. Przed jego wewnętrznym okiem pędziły ogień, dym prochowy i krwistoczerwone fale rebelii. Przede wszystkim jednak cała jego dusza drżała i ścięła się jak mleko, gdy się jeść gotuje, na myśl, że jego stanowisko jest na szali.Bo w istocie ten brak w toalecie należał do jego resortu, ponieważ nie było obecnego żadnego kamerdynera. Czyżby więc jednak? ... Czyżby jednak nie miał z godnością, którą posiadał, dyskretnie kołysząc biodrami podejść do króla i z delikatnie spuszczonymi oczami wyszeptać: „Wasza Majestat raczyła najłaskawiej zapomnieć, by sobie ... ” Ale na wszystkich świętych i pomocników, to przecież nie przejdzie! Nigdy jeszcze, odkąd istnieją mistrzowie ceremonii, usta mistrza ceremonii nie odważyły się powiedzieć królowi czegoś takiego. W swym bezradnym zmieszaniu przyszła mu do głowy fantastyczna idea, by uciec się do środków mimiki i, stając tuż przed Jego Majestatem, na sobie samym, niejako jak na jakimś dydaktycznym fantomie, pozornie wykonać tę czynność, której król w rzeczywistości zaniechał przy swym ubraniu. Ale to było przecież groteskowe, dziwaczne, szalone!
Równie dobrze mógłby podejść bezpośrednio i, kładąc rękę na odpowiednim odziennym elemencie najwyższej osoby, naprawić brak brevi manu; na to wyobrażenie omal nie wybuchnął łzami rozpaczy. Ale rozpacz to zbyt łagodne słowo, by wyrazić, w jakim stanie znajdowała się dusza mistrza ceremonii. Był bliski rozkładu. Już ledwie mógł panować nad swoimi oczami, które szukały wciąż tylko tego jednego punktu, rozwierającego się w ogromną paszczę i otchłań, który był dla niego straszliwym źródłem tej niewypowiedzianie okrutnej próby. Z wysiłkiem musiał odwracać od niego wzrok, by pozwolić mu błądzić bez celu naokoło. Czyżby jednak nikt z obecnych się nie odważył? Zwracać się do funkcjonariuszy państwowych i dworskich było całkiem beznadziejne, czuł to z pewnością doświadczonego. Ale może ktoś z tych profesorów sztuki?!
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 5 / 9
# chapter_page: 5
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Bo w istocie ten brak w toalecie należał do jego resortu, ponieważ nie było obecnego żadnego kamerdynera. Czyżby więc jednak? ... Czyżby jednak nie miał z godnością, którą posiadał, dyskretnie kołysząc biodrami podejść do króla i z delikatnie spuszczonymi oczami wyszeptać: „Wasza Majestat raczyła najłaskawiej zapomnieć, by sobie ... ” Ale na wszystkich świętych i pomocników, to przecież nie przejdzie! Nigdy jeszcze, odkąd istnieją mistrzowie ceremonii, usta mistrza ceremonii nie odważyły się powiedzieć królowi czegoś takiego. W swym bezradnym zmieszaniu przyszła mu do głowy fantastyczna idea, by uciec się do środków mimiki i, stając tuż przed Jego Majestatem, na sobie samym, niejako jak na jakimś dydaktycznym fantomie, pozornie wykonać tę czynność, której król w rzeczywistości zaniechał przy swym ubraniu. Ale to było przecież groteskowe, dziwaczne, szalone!
Równie dobrze mógłby podejść bezpośrednio i, kładąc rękę na odpowiednim odziennym elemencie najwyższej osoby, naprawić brak brevi manu; na to wyobrażenie omal nie wybuchnął łzami rozpaczy. Ale rozpacz to zbyt łagodne słowo, by wyrazić, w jakim stanie znajdowała się dusza mistrza ceremonii. Był bliski rozkładu. Już ledwie mógł panować nad swoimi oczami, które szukały wciąż tylko tego jednego punktu, rozwierającego się w ogromną paszczę i otchłań, który był dla niego straszliwym źródłem tej niewypowiedzianie okrutnej próby. Z wysiłkiem musiał odwracać od niego wzrok, by pozwolić mu błądzić bez celu naokoło. Czyżby jednak nikt z obecnych się nie odważył? Zwracać się do funkcjonariuszy państwowych i dworskich było całkiem beznadziejne, czuł to z pewnością doświadczonego. Ale może ktoś z tych profesorów sztuki?!Wśród nich, którzy przecież i poza tym ku jego zgrozie dość często wykraczali przeciw dworskiemu tonowi, musiał się przecież znaleźć ktoś, kto – gdyby mu obiecać order albo zlecenie, albo wreszcie osobiste szlachectwo – podjąłby się tego niesłychanego, ledwie wyobrażalnego wyczynu. Odciągał każdego na bok, prosił, błagał, załamywał ręce, obiecywał w końcu tytuł barona wolny od opłat i dziedziczność profesury w rodzinie, włącznie z żeńskim potomstwem. Nic nie pomogło. Wszyscy oświadczyli, że wolą codziennie opróżniać litrową butelkę firniszu mastiksowego na zdrowie wzniosłego władcy. Mistrz ceremonii miał absolutnie pewne uczucie, że nadszedł dzień sądu ostatecznego; w jego uszach dźwięczały wyraźnie trąby.

Wtedy jego wzrok padł na leśniczego Meiera, który siedział za drzewem i z niezadowoleniem stwierdzał, że jego gencjana skończyła się. Ostatni promień nadziei zabłysnął, ale tylko całkiem słabo, w umyśle na wpół martwego dworzanina. Mistrz dworskiego parkietu podszedł do mistrza górskiego lasu i wyłożył mu, starając się przez lekkie zabarwienie dialektem swego sposobu mówienia nadać sobie coś ludowego, cały kompleks fatalnego zakłopotania, dodając, że on, poczciwy człowiek z ludu, jest jedynym zdolnym i powołanym, by uratować dwór, rząd, państwo, zwracając uwagę króla na ów punkt, na ów punkt... „Rozporek?
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 6 / 9
# chapter_page: 6
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Wśród nich, którzy przecież i poza tym ku jego zgrozie dość często wykraczali przeciw dworskiemu tonowi, musiał się przecież znaleźć ktoś, kto – gdyby mu obiecać order albo zlecenie, albo wreszcie osobiste szlachectwo – podjąłby się tego niesłychanego, ledwie wyobrażalnego wyczynu. Odciągał każdego na bok, prosił, błagał, załamywał ręce, obiecywał w końcu tytuł barona wolny od opłat i dziedziczność profesury w rodzinie, włącznie z żeńskim potomstwem. Nic nie pomogło. Wszyscy oświadczyli, że wolą codziennie opróżniać litrową butelkę firniszu mastiksowego na zdrowie wzniosłego władcy. Mistrz ceremonii miał absolutnie pewne uczucie, że nadszedł dzień sądu ostatecznego; w jego uszach dźwięczały wyraźnie trąby.
Wtedy jego wzrok padł na leśniczego Meiera, który siedział za drzewem i z niezadowoleniem stwierdzał, że jego gencjana skończyła się. Ostatni promień nadziei zabłysnął, ale tylko całkiem słabo, w umyśle na wpół martwego dworzanina. Mistrz dworskiego parkietu podszedł do mistrza górskiego lasu i wyłożył mu, starając się przez lekkie zabarwienie dialektem swego sposobu mówienia nadać sobie coś ludowego, cały kompleks fatalnego zakłopotania, dodając, że on, poczciwy człowiek z ludu, jest jedynym zdolnym i powołanym, by uratować dwór, rząd, państwo, zwracając uwagę króla na ów punkt, na ów punkt... „Rozporek?Jeśli tylko o to chodzi?” – rzekł Meier. „Ależ pan oczywiście nie może tak wprost, drogi Meierze” – szeptał mistrz ceremonii, któremu jednak zrobiło się trochę nieswojo przy tej szybkiej stanowczości najwyraźniej całkiem nieokrzesanego niedźwiedzia... „Musi pan niejako przez kwiat... niejako od tyłu... abstrakcyjnie... ” Zupełnie nie znalazł popularnych akcentów. To leżało zbyt daleko od jego resortu. „Rozumiem! Oczywiście! Znam się na tym. Muszę się podkraść od strony podchodowej. Nie od razu z rozporkiem do domu. Broń Boże! Broń Boże! Trzeba coś takiego delikatnie podkręcić. Tak, w ten sposób, żeby król mógł pomyśleć, że to komuś innemu rozporek! ... Trudne to wprawdzie. Ale ja już inne lisy łapałem.” Po tych słowach leśniczy jeszcze raz upewnił się, że jego butelka jest całkowicie pusta, wsunął ją z rezygnacją do plecaka i wstał z miną człowieka, który intensywnie myśli i na wszystko jest zdecydowany.
Mistrz ceremonii zrozumiał, że ten człowiek, jeśli wcześniej nie zawali się niebo, w ciągu dwóch minut uczyni to niewiarygodne wydarzenie faktem. Zrobiło mu się tak, jakby nagle stały grunt pod nim zaczął się chwiać; przeraźliwie wysoka fala podniosła go, opuściła i poniosła na pełne morze, ku niepewnemu losowi, który gdzieś otwiera paszczę, by go pochłonąć. Gdy zauważył, że leśniczy ruszył z miejsca, poczuł w swych wnętrznościach wszystkie okropności choroby morskiej. Tylko jak przez mgłę, żółtoszarą mgłę widział i słyszał, co się teraz działo.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 7 / 9
# chapter_page: 7
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Jeśli tylko o to chodzi?” – rzekł Meier. „Ależ pan oczywiście nie może tak wprost, drogi Meierze” – szeptał mistrz ceremonii, któremu jednak zrobiło się trochę nieswojo przy tej szybkiej stanowczości najwyraźniej całkiem nieokrzesanego niedźwiedzia... „Musi pan niejako przez kwiat... niejako od tyłu... abstrakcyjnie... ” Zupełnie nie znalazł popularnych akcentów. To leżało zbyt daleko od jego resortu. „Rozumiem! Oczywiście! Znam się na tym. Muszę się podkraść od strony podchodowej. Nie od razu z rozporkiem do domu. Broń Boże! Broń Boże! Trzeba coś takiego delikatnie podkręcić. Tak, w ten sposób, żeby król mógł pomyśleć, że to komuś innemu rozporek! ... Trudne to wprawdzie. Ale ja już inne lisy łapałem.” Po tych słowach leśniczy jeszcze raz upewnił się, że jego butelka jest całkowicie pusta, wsunął ją z rezygnacją do plecaka i wstał z miną człowieka, który intensywnie myśli i na wszystko jest zdecydowany.
Mistrz ceremonii zrozumiał, że ten człowiek, jeśli wcześniej nie zawali się niebo, w ciągu dwóch minut uczyni to niewiarygodne wydarzenie faktem. Zrobiło mu się tak, jakby nagle stały grunt pod nim zaczął się chwiać; przeraźliwie wysoka fala podniosła go, opuściła i poniosła na pełne morze, ku niepewnemu losowi, który gdzieś otwiera paszczę, by go pochłonąć. Gdy zauważył, że leśniczy ruszył z miejsca, poczuł w swych wnętrznościach wszystkie okropności choroby morskiej. Tylko jak przez mgłę, żółtoszarą mgłę widział i słyszał, co się teraz działo.
Leśniczy Meier podszedł prosto do króla, spojrzał na niego ze swych kocich szarych oczu ufnie z dołu, zdjął swój kapelusz, który wyblakł aż do koloru zyzery i bardzo dawno temu był kiedyś ciemnozielony, i wykonał ukłon. Potem jednak znów nałożył kapelusz i stanął wyprostowany. Bystrym spojrzeniem, które go zawsze wyróżniało, król Leberecht zauważył, że to całkowicie sprzeczne z regulaminem zachowanie musi mieć podstawę w czymś szczególnym, i zapytał tonem łaskawym, który każdy prawdziwy król stara się przyswoić bez trudu i ćwiczenia: „No, Meier, co tam?” (W tej chwili mistrz ceremonii poczuł bolesne szarpnięcie i zobaczył się wprost naprzeciw paszczy potwora, który chciał go pochłonąć. Jego serce przestało bić. Ponadnaturalnej wielkości kluska wpełzła mu do przełyku w nieprzyjemnie mulistej odmianie toczenia się i odebrała mu także oddech. Jego ostatnią myślą był order świętego Kajetana, o którym od dawna marzył. Potem: noc i zagłada.)
Meier jednak postąpił krok naprzód i przemówił mocnym, pewnym głosem niemieckiego męża, który nie zna lęku przed ludźmi: „Chciałbym tylko o coś zapytać jaśnie państwa.” Wszystko znieruchomiało. Nikt nie rozumiał. Także król Leberecht nie.
Ale jego ton był jednak wciąż najłaskawszy, gdy powiedział: „Proszę pytać, Meier.

” A Meier pozwolił swemu głosowi radośnie zabrzmieć i rzekł: „A co by było, jaśnie państwo, gdybyśmy wszyscy razem zamknęli nasze rozporki?” Odruchowy ruch jego rąk pouczył króla o sensie tego retorycznego pytania.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 8 / 9
# chapter_page: 8
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Leśniczy Meier podszedł prosto do króla, spojrzał na niego ze swych kocich szarych oczu ufnie z dołu, zdjął swój kapelusz, który wyblakł aż do koloru zyzery i bardzo dawno temu był kiedyś ciemnozielony, i wykonał ukłon. Potem jednak znów nałożył kapelusz i stanął wyprostowany. Bystrym spojrzeniem, które go zawsze wyróżniało, król Leberecht zauważył, że to całkowicie sprzeczne z regulaminem zachowanie musi mieć podstawę w czymś szczególnym, i zapytał tonem łaskawym, który każdy prawdziwy król stara się przyswoić bez trudu i ćwiczenia: „No, Meier, co tam?” (W tej chwili mistrz ceremonii poczuł bolesne szarpnięcie i zobaczył się wprost naprzeciw paszczy potwora, który chciał go pochłonąć. Jego serce przestało bić. Ponadnaturalnej wielkości kluska wpełzła mu do przełyku w nieprzyjemnie mulistej odmianie toczenia się i odebrała mu także oddech. Jego ostatnią myślą był order świętego Kajetana, o którym od dawna marzył. Potem: noc i zagłada.)
Meier jednak postąpił krok naprzód i przemówił mocnym, pewnym głosem niemieckiego męża, który nie zna lęku przed ludźmi: „Chciałbym tylko o coś zapytać jaśnie państwa.” Wszystko znieruchomiało. Nikt nie rozumiał. Także król Leberecht nie.
Ale jego ton był jednak wciąż najłaskawszy, gdy powiedział: „Proszę pytać, Meier.
” A Meier pozwolił swemu głosowi radośnie zabrzmieć i rzekł: „A co by było, jaśnie państwo, gdybyśmy wszyscy razem zamknęli nasze rozporki?” Odruchowy ruch jego rąk pouczył króla o sensie tego retorycznego pytania.Poprawił to, co należało poprawić, i roześmiał się potem tak serdecznie głośno, że jego otoczenie mogło być przekonane, iż postąpiło całkowicie zgodnie z etykietą, śmiejąc się razem z nim. A ponieważ był to zarazem śmiech wyzwolenia, był to śmiech grzmiący, dudniący, radujący serce. Nawet dzięcioły, które stukały w wysokie pnie świerków, przerwały kuci i śmiały się razem. Mistrz ceremonii jednak obudził się pod tym zbiorowym akordem radości do nowego życia i natychmiast uznał, że nie wypada rżeć w najwyższej bliskości jak niewychowane konie. Gdyby jednocześnie nie zniknęła, Bogu dzięki, owa fatalna kluska, tak że mógł znów swobodnie oddychać i czuć się w pełnym posiadaniu swej kontenansy, byłby wybrał jeszcze gorsze porównanie. Król Leberecht jednak rzekł, ofiarowując leśniczemu cygaro (które ten zachowuje jeszcze dziś i z wyraźnym zamiarem, by pozostało tam do końca dni, w swojej szklanej gablocie): „Meier, z pana cały chłop.
Szkoda, że nie mogę pana zatrudnić w rządzie. Tak, moi panowie” – i tym zwrócił się do pozostałych: „lud, lud!...
Piękna to rzecz, ten lud!...” Potem zszedł, wolniej niż zwykle, pogrążony w głębokim zamyśleniu, z góry, u której stóp powitała go młoda dziewczyna w białych, nakrochmalonych sukniach słowami: My z serca i ust radośnie wołamy; W tej pełnej łaski godzinie, Gdy spotyka nas szczęście, Że swego króla Leberechta Poczciwy wiejski lud, wierny i prawy, Widzi w swej bliskości. Jego słynny tron stoi Od więcej niż tysiąca lat Już mocno w naszej midst. Dlatego kochamy go tak bardzo, Jak gdyby był naszym ojcem, Który nigdy nikogo nie opuszcza. On wie, że w rolnictwie Spoczywa najsilniejsza moc państwa, Dlatego kocha go po wieki Ciężko doświadczony chłop I jako wierny poddany trzyma Mu otwarte każde drzwi.
Przy tych słowach u Jego Majestatu pojawiło się skojarzenie myśli, którego skutkiem był uśmiech królewskich ust, z czego wszyscy obecni przedstawiciele gminy na nowo zaczerpnęli przekonanie, że wysoki pan jak dotąd poświęca szczególną łaskę interesom stanu żywicielskiego.
# book_id: global-gutenberg-translation-1e6c8f13b0c74efeb6c77a505171596d
# book_title: Odważny leśniczy
# chapter_id: 1-odwazny-lesniczy
# chapter_title: Odważny leśniczy
# book_page: 9 / 9
# chapter_page: 9
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Poprawił to, co należało poprawić, i roześmiał się potem tak serdecznie głośno, że jego otoczenie mogło być przekonane, iż postąpiło całkowicie zgodnie z etykietą, śmiejąc się razem z nim. A ponieważ był to zarazem śmiech wyzwolenia, był to śmiech grzmiący, dudniący, radujący serce. Nawet dzięcioły, które stukały w wysokie pnie świerków, przerwały kuci i śmiały się razem. Mistrz ceremonii jednak obudził się pod tym zbiorowym akordem radości do nowego życia i natychmiast uznał, że nie wypada rżeć w najwyższej bliskości jak niewychowane konie. Gdyby jednocześnie nie zniknęła, Bogu dzięki, owa fatalna kluska, tak że mógł znów swobodnie oddychać i czuć się w pełnym posiadaniu swej kontenansy, byłby wybrał jeszcze gorsze porównanie. Król Leberecht jednak rzekł, ofiarowując leśniczemu cygaro (które ten zachowuje jeszcze dziś i z wyraźnym zamiarem, by pozostało tam do końca dni, w swojej szklanej gablocie): „Meier, z pana cały chłop.
Szkoda, że nie mogę pana zatrudnić w rządzie. Tak, moi panowie” – i tym zwrócił się do pozostałych: „lud, lud!...
Piękna to rzecz, ten lud!...” Potem zszedł, wolniej niż zwykle, pogrążony w głębokim zamyśleniu, z góry, u której stóp powitała go młoda dziewczyna w białych, nakrochmalonych sukniach słowami: My z serca i ust radośnie wołamy; W tej pełnej łaski godzinie, Gdy spotyka nas szczęście, Że swego króla Leberechta Poczciwy wiejski lud, wierny i prawy, Widzi w swej bliskości. Jego słynny tron stoi Od więcej niż tysiąca lat Już mocno w naszej midst. Dlatego kochamy go tak bardzo, Jak gdyby był naszym ojcem, Który nigdy nikogo nie opuszcza. On wie, że w rolnictwie Spoczywa najsilniejsza moc państwa, Dlatego kocha go po wieki Ciężko doświadczony chłop I jako wierny poddany trzyma Mu otwarte każde drzwi.
Przy tych słowach u Jego Majestatu pojawiło się skojarzenie myśli, którego skutkiem był uśmiech królewskich ust, z czego wszyscy obecni przedstawiciele gminy na nowo zaczerpnęli przekonanie, że wysoki pan jak dotąd poświęca szczególną łaskę interesom stanu żywicielskiego.
BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.